piątek, 9 listopada 2012

00. Daddy's gone. Everything's gone.


Na zewnątrz wiał chłodny wiatr, a na horyzoncie powstawała poszarzała zawiesina. W rekach niosłam przysmaki ciotki Nory i na samą myśl o spałaszowaniu krewetek tygrysich w specjalnej zalewie, apetyt wzrastał. Dochodziła godzina dziesiąta, a przyjęcie trwało w najlepsze. Nazajutrz miałam ważny egzamin i nie było mowy o spóźnieniu, więc tata zobowiązał się, że odwiezie mnie do domu. Był zmęczony, ale widząc, jak mamie brakowało towarzystwa siostry pozwolił jej wrócić taksówką.
Wsiedliśmy do auta, a ja ułożyłam i zabezpieczyłam przygotowane potrawy. Zapięłam pasy i ustawiłam tacie lusterko, kiedy on przeglądał jakieś dokumenty wyciągnięte ze schowka.
- Przeklęci złodzieje – warknął, zapalając silnik. Nic nie powiedziałam, zwyczajnie nie chciałam wtrącać się w jego sprawy. Mogłam tylko przeczuwać, że znów przejrzał rachunki. Zawsze uważał, że płaci za duże podatki.
Ruszyliśmy wilgotną szosą, a ja czułam rozkojarzenie ojca. Leniwie zamykał to otwierał oczy i co chwile ziewał przejrzyście. Włożyłam słuchawki w uszy i w spokoju zaczęłam oglądać drzewa za szybą auta. Szybko znikały, a na ich miejsca stawiały się nowe, ogromne drzewa. To była rutynowa trasa taty; mógłby nawet przejechać ją z zamkniętymi oczami i na pewno trafiłby do domu bez większych problemów. Nagle we mgle zobaczyłam pędzący prosto na nas srebrny kabriolet, który zaczął ślizgać się po jezdni. Zaczęłam nerwowo tarmosić koszulę taty, a on jakby wyrwany ze snu zaczął przecierać oczy. Kiedy zorientował się, że nadjeżdżający samochód jest kilka metrów przed nami, było już za późno.
Nagle szarpnęło w nami w prawo. Poczułam, jakbyśmy zjeżdżali bokiem z wysokiego klifu, którego przecież na tej trasie nie było. Przejechaliśmy kilka, może kilkanaście metrów w dół. Spojrzałam w stronę kierowcy, ale mojego taty nie było. Zamiast niego, ujrzałam zmasakrowaną twarz, która mogłaby idealnie wpasować się w najgorszy koszmar. Kiedy się zatrzymaliśmy, po paru minutach – nie wiedząc jak – wyszłam ze zgniecionego auta. Spojrzałam na swoje ręce, które były całe we krwi. Trzęsły się jak szalone. Odruchowo wyciągnęłam telefon z kieszeni kurtki i z  trudem wybrałam numer pomocy. Spojrzałam na zwisającą dłoń ojca, pozbawioną paznokci i skóry właściwej. Wpadłam w panikę, a chwilę potem upadłam, mdlejąc. 

Miałam na to inny pomysł, przyznaję. Stwierdziłam jednak, że to trochę za ciężkie na moje umiejętności, więc wymyśliłam to coś. Nie mam zdania, co do tekstu powyżej, więc chciałabym, abyście napisały, co sądzicie. Całkowicie szczerze, jeśli mogę prosić! Wróciłam do informowania przez gg, więc jeśli was zainteresowałam, proszę, zostawcie numer. :) 
ADIOS!,